Wyprawa na Ślężę

Dzisiaj postanowiłem, a raczej zrealizowałem postanowienie z tygodnia, by wyjść sobie na Ślężę, w ramach rozruszania swoich mięśni i kości. Realizacja postanowienia wymagała przedsięwzięcia paru kroków:

  1. Nastawienia budzika na 7 rano, co mi się w niedzielę zdarza prawie nigdy;
  2. Wysłuchania tegoż budzika i wstania razem z nim;
  3. Dotarcie na autobus, który mnie dowiezie na dworzec autobusowy.
  4. Znalezienia szlaku na szczyt, a raczej szczyty.

Powyższe postanowienia zrealizowałem niemal śpiewająco. Niemal, ponieważ po wyjściu z autobusu w Sobótce nie mogłem znaleźć szlaku. Idąc za swoim nosem, który mówił, że pod górę, to tam gdzie chcę iść, ruszyłem przed siebie. Jak się okazało później, żółtym szlakiem, którego pierwsze znaki zobaczyłem po wejściu w las na stoku. Znaczki te mignęły mi jeszcze ze dwa razy, sprawiając wrażenie, że przecinam szlak w poprzek, ale niezrażony parłem pod górę. Jak się okazało, ta góra to była Gozdnica (316 m.n.p.m.), choć myślałem, że wdrapuję się na Wierzycę (425 m.n.p.m). Na szczęście między drzewami mignął mi jakiś turysta, za nim zobaczyłem zielony parking, a przy nim wielką tablicę. Idąc do tablicy minąłem wysiadające z samochodu trzy dziewczyny z psem, na które się później kilka razy natknąłem.

Za tablicą trafiłem na Dom Turysty na przełęczy pod Wieżycą. Miła pani przy stoisku z napojami i chyba grillem, u której kupiłem mapę radziła mi pójść czarnym szlakiem, mówiąc coś o stromych ściankach, i prosząc, bym zmęczył się za nią. Na szczęście poszedłem szlakiem żółtym łapiąc ściankę po pierwszych kilkudziesięciu metrach, jako jeden z niewielu. Gro ludzi omijało ją bokiem, wybierając dłuższą trasę. W drodze na szczyt wieżycy pokonałem jeszcze dwa takie podejścia, a ich zaletą była raczej krótka długość w porównaniu do podejścia pod Wolarza od strony Dusznik czerwonym szlakiem.

Na szczycie pod Wieżą Widokową (za Niemców zwaną Wieżą Bismarcka) zobaczyłem parę osób, w tym te trzy dziewczyny. Po złapaniu oddechu postanowiłem pójść dalej, z zamiarem zejścia z przełęczy Dębowej do Drogi Piotra Włosta (Zachodnia część czarnego szlaku, który okala Sobótkę), ale gdy z żółtym zbiegł się szlak czerwony, okazało się na to za późno, więc poszedłem dalej. Po drodze minąłem wspomniane wcześniej trzy dziewczyny z psem, i pogłaskałem tego pieska za uchem, który postanowił iść dalej ze mną. Zorientowałem się dopiero, gdy dziewczyny zaczęły psa wołać. Niestety, nie chciał posłuchać, dopóki nie schyliłem się, by go pogłaskać znowu. Później jeszcze parę razy dobiegał i zawracał, dopóki nie odskoczyłem zbyt daleko. Na szczyt Ślęży wszedłem o godzinie 11:33, czyli jakieś godzina i czterdzieści minut po wyjściu z autobusu. Ponieważ drzewa na szczycie jeszcze były bez zieleni udało mi się znaleźć wieżę widokową i wdrapać po stromymi chybotliwych schodkach na samą górę. Ale widok był tego wart. Na południu widać było fragment Karkonoszy ze Śnieżką jeszcze w śniegu, dalej zdaje się góry Sowie, ale głowy nie dam. Radunia wyglądała na wyjątkowo małą, a na północy może było widać Wrocław. Może, gdyż od północy horyzont był zasnuty szarą "mgłą" smogiem, albo pyłem wulkanicznym.

Ze Ślęży zszedłem o pierwszej, czerwonym szlakiem (Ślęża - Sulistrowice). Schodząc ze szczytu zauważyłem jeszcze wspomniane właścicielki czarnego pieska, pakujące się do zejścia. Schodząc próbowałem znaleźć jeszcze Zbójecką Pieczarę, co mi się nie udało, a po powrocie na szlak, dwa razy pomyliłem drogi odchodzące od czerwonego, myśląc, że to czarny - Trakt Bolka. Po minięciu skrzyżowania Traktu Bolka z czerwony szlakiem Ślęża - Sobótka znowu minąłem trzy właścicielki psa kończące kolejny popas. W związku z tym piesek postanowił co jakiś czas dobiec do mnie i obszczekać. Trakt Bolka był zdecydowanie najmniej interesujący

Koniec końców dotarłem z powrotem na Przełęcz pod Wieżycą, a stamtąd udałem się na Dworzec Autobusowy. Z którego autobusy do Wrocławia jadą chyba rzadziej, niż przyjeżdżają.

Następnym razem wycieczkę zacznę chyba z Sobótki Zachodniej. Będzie można zobaczyć Pałac w Górce. Z wniosków końcowych, najbardziej na usta ciśnie się ten, by na Ślężę jechać raczej wcześniej, niż później. Później po prostu robi się tłok.

Komentarze

Comments powered by Disqus